Na karym dzianecie po rubieżach Ojczyzny!

Wyprawy

Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Na  świat wyszła dziatwa i to nie anioły niebieskie, a basałyki i niecnoty same. Nic nie wskazywało no to, że uda nam się wraz z mym wiernym pacholęciem Michałem powojażyć na karym dzianecie, gdzieś  po dalekich stepach ukraińskich, tam gdzie sam wielki Burłaj z Mołojcami  na Multany chodził, gdzie po okolicznych siołach tylko zgliszcza zostawiły tatarskie czambuły, tam gdzie na rubieżach Rzeczpospolitej Janczary i Spahisi przed hetmańską jazdą ucieczką się salwowali… A jednak udało się, a co przygód przeżyliśmy to tylko człowiek wielkiego majestatu jak imć Onufry potrafił oddać słowami istotę sprawy:”– „Mości panowie! gdybym zaczął wszystko szczegółowie opowiadać, tedy i dziesięciu nocy by nie starczyło, a pewnie i miodu, bo stare gardło jak stary wóz smarować trzeba. ” Ja się podejmę!

W cale z tymi rubieżami I Rzeczpospolitej nie przegiąłem! Pasmo Pikuja od Przełęczy Użok to bardzo stara Polsko-Węgierska granica,  która utrzymywała się do 1772 roku , kiedy to dokonał się pierwszy Rozbiór Polski.  Zaiste niesamowity jest to  rejon, gdzie piękne połoniny Bieszczadzkie ciągną się kilometrami na wysokości Sianek, aż po Biłasawice na wchodzie.

 

Dojechaliśmy do Sianek na 11:00 z rana. Aby tam się znaleźć musieliśmy jechać polskim pociągiem do Rzeszowa, stamtąd do Lwowa autokarem wypełnionym zadowolonymi turystami Rusińskimi wyposażonymi w Karty Polaka i  z bagażem doświadczenia zdobytego na placach budowy w  całej Polsce oraz na koniec elektriczką ze Lwowa, na którą zdążyliśmy cudem, gdyż jak ostatni nieudacznicy zapomnieliśmy, że na Ukrainie jest inny czas niż w Polsce. Gratulacje dla Michała za spostrzegawczość!

Tabor ukraińskich linii lokalnych nie zmienił się nic a nic od prawie 10 lat, gdy też z Michałem podróżowaliśmy po siołach obwodu Rówieńskiego. Rzeczywiście szybciej byśmy zajechali na tatarskich bachmatach niż tym zabytkiem Ukraińskiej SRR. Drewniane ławki, „okupana” dziura zamiast sedesu, napisy milicija i miejscowy folklor czyli chusty na głowach, wędkarskie mundury i dresy abidosa. Taki trochę pociąg regionalny jadący przez województwo słupskie we wczesnych latach 90-tych.

Po 5-ciu godzinach podróży starą austro-węgierską linią dotarliśmy do Sianek. Widoki z okna elektriczki nie powalały. Wszędzie łąki, raczej biedne wioski i jakieś ugory. Co ciekawe jednak, wzdłuż linii, która przez Sambor, a później przełęcz Użocką prowadziła do Użogrodu, wiodła piękna asfaltowa droga. To znak zmian jakie chyba bardzo powoli zaczynają zachodzić na Ukrainie, jak dwa lata temu jechaliśmy do Sambora busem to droga z tego co pamiętam przypominała księżyc po którym przejechały dwie dywizje radzieckich T-72.

Sianki raczej nie zachwycają swoim wyglądem, ot mała brzydka miejscowość  z dominującym szarym kolorem i połaciami błota w około. Aż trudno uwierzyć, ze przed wojną było to miejsce, w którym kwitła turystyka otwierały się restauracje czy pensjonaty, a na pobliskim Opołonku gościł sam Marszałek.

Ruszyliśmy wzdłuż torów, bo taka trasa jest najszybsza do podejścia do przełęczy Użockiej, ale też jak się okazało nielegalna. Zaraz przy przełęczy wypatrzył nas ukraiński strażnik graniczny, który niczym Mellechowicz na Raszków, zeskoczył do nas w swym pustynnym moro ala wędkarz z Kalisza i kazał kierować się na asfaltową drogę. Ok. Nie kłóciliśmy się z nim i weszliśmy na przełęcz Użocką, czyli miejsce które choć niepozorne, to jednak przeżyło kawał ciekawej historii. To tutaj toczyły się ciężkie boje pomiędzy Rosją, a Austro-Węgrami oto czy bardziej spoko jest Kajzer czy Car. Ustalić się tego nie udało i znowu w tym miejscu stanęła granica tym razem Polsko-Czechosłowacka. Po upadku naszego południowego sąsiada, na tejże granicy w 1939 roku doszło do ciekawego wydarzenia, spotkania polskich pograniczników z węgierskimi. Parę miesięcy później radość ze wspólnej z Madziarami granicy przyćmiła katastrofa września, ale w przyszłości jeszcze wyznawcy hakenkrojca mieli na tej samej przełęczy dostawać tęgiego łupnia od Raboczej Krestjanskajej Krasnajej Armii (czy jakoś tak 🙂 ) . Sporo się tu działo. Ale nic to.

Za przełęczą Użocką odbiliśmy delikatnie z powrotem w góry, aby rzucić z daleka okiem na Użański park Narodowy i warto było.

Tego dnia dotarliśmy Hoteliku w Wołosiance i tam zostaliśmy, wieczór minął nam na spacerach po wiosce i relaksowaniu się. Mieliśmy wstać wcześnie z rana, a byliśmy już niewyspani po ostatniej nocce. Niestety nasze plany udaremnił sporych rozmiarów Ukrainiec, który jak sie okazało przez pół życia jeździł na handel do Polski. Czym handlował to wole nie wiedzieć, ale wlewał w Nas pyszna nalewkę porterówkę (jak dobrze kojarzę, Michał?) i opowiadał jakieś banialuki. Efekt był taki, ze najważniejszy dzień górskiej części wyjazdu, rozpoczęliśmy od olbrzymiego bólu głowy, ale nic to! Dzień zaczęliśmy mimo wszystko według planu i po dwóch godzinach, wizycie w krzakach i spałaszowaniu golonki od Krakusa weszliśmy na Połoniny w rejonie Kinciuka. Oczywiscie mapy polskie na tym etapie, a szlak ukraiński nie miały ze sobą nic wspólnego, natomiast trzeba oddać miejscowym, ze szlak był ładnie wymalowany i poza jednym miejscem właściwie GPS się nam nie przydawał.

Wejście na połoniny wywarło na nas spore wrażenie. Ktoś kto zna polskie połoniny Caryńską czy Wetlińską, a odwiedzając to miejsce musi się mocno skonfundować. Nie dość, że pasmo Połonin w Bieszczadach ukraińskich ciągnie się niczym Tuhaj-Bejowy jasyr na Krym, to ich majestatyczność przyćmiewa słynne polany po polskiej stronie gór.

Kolejnym zjawiskiem pycho-fizycznym, którego nie uświadczysz w Lachach jest zupełny, dojmujący, absolutny i totalny… brak ludzi. To chyba największy plus Bieszczad w tym rejonie, do rejonu samego Pikuja natrafiliśmy może na 4 osoby, przy czym obie pary nocowały na Połoninach w namiotach.

Dopiero w rejonie najwyższego szczytu Bieszczad robi się sporo ludzi, ale ta ilość bardziej przypomina Śnieżnik w Listopadzie przy złej pogodzie, niż Gubałówkę w lipcu. A propos samego Pikuja jak się prezentuje? Raczej nie za ciekawie. Ot stoi na nim obleśny, pomalowany obelisk z czasów sowieckich, a obok trochę religijnej porcelany. Za długo na nim nie zabawiliśmy, zeszliśmy trochę niżej i wypiliśmy pierwsze tego dnia zasłużone piwko!

Koniec tej ponad 40 km wędrówki wypadł nam w Żdenijewie, gdzie zrealizowaliśmy marzenia Michała z młodości, by spać u ukraińskiego chłopa. Co człowiek to obyczaj, można by rzecz. Tak czy siak chłop i baba byli spoko, mieli miłą altankę, gdzie trochę nadrobiliśmy zaniedbane tego dnia „uzupełnianie płynów”, a już następnego dnia ruszyliśmy na dalszą podróż po starych polskich miastach na Ukrainie.

Najpierw jednak żeby wydostać się ze Żdenijewa musieliśmy wyjechać na południe aż do Swalawy, bo stamtąd odjeżdżał najbliższy pociąg do Stryja. Podróż do Swalawy minęła nam w miłej atmosferze, tzn. jechaliśmy w busie dla 20 osób +6 miejsc stojących w jakieś 60 osób, prawdopodobnie kilka jeszcze upchnięto w bagażniku, a z silnika wydobywały się jakieś diabelskie odgłosy, czyżby i tam pochowali się Mołojcy spragnieni miejskich uciech w Swalawie? Tego nigdy się nie dowiemy, a też szczególnie nas to nie zajmuje.

Tak czy siak w Swalawie nie chciało nam się czekać 3 godzin na elektriczkę, która też jechała kolejne trzy godziny do Stryja. Plan dnia był tak napięty jak Azja Mellechowicz na palu w Raszkowie. Musieliśmy spieszyć się do Stryja, o jeszcze czekała nas podróż do Truskawca wieczorem. Próbowaliśmy załapać się na turecką galerę, ale okazało się że po lądzie takie nie pływają. Za to udało nam się wyrwać cwanego taksiarza, który za jakieś 60 zł zgodził się nas zawieść do Stryja.

 

Nie była to nasza pierwsza wizyta w tym starym polskim mieście. Po raz kolejny przyjechaliśmy tutaj na poszukiwania własnych korzeni, niestety kolejny raz obeszliśmy się smakiem. Udało nam się zobaczyć za to trochę starych polskich przedwojennych kamienic i budynków w stylu neorenesansowym,a  także zaliczyć końcówkę mszy w polskim Kościeleł Narodzenia Najświętszej Marii Panny.

Po posileniu się pysznym barszczem ukraińskim wsiedliśmy w elektriczkę do Truskawca, który przed wojną był bardzo modnym i ciekawym miejscem. Dość powiedzieć, ze wybudowano tu 286 willi i pensjonatów, a gośćmi byli Marszałek Piłsudski, Stanisław Wojciechowski, Eugeniusz Bodo, Adolf Dymsza i wielu, wielu innych(przepisane z wikipedi jak coś!). Michał w szczególności nastawił się na to, że miejscowość nas zaskoczy i rzeczywiście wrażenie było piorunujące! Okazało się, że rosyjskie pieniądze, ukraińska fantazja i piękne polskie przedwojenne miasteczko w połączeniu może okazać się… stolicą kiczu i badziewiu. 40 piętrowe hotele wyglądające jak siedziba szturmowców z gwiezdnych wojen, night cluby, dyskoteki oraz brud na ulicach i w samym uzdrowisku. Rzeczywiście na usta cisnęło się „ŁAŁ!”

Jedynym miejscem wartym uwagi jest dom Rajmunda Jarosza właściciela tego uzdrowiska przed wojną. Inne zabytkowe polskie wille można odnaleźć w całym Truskawcu, ale niestety gubią się gdzieś miedzy obleśnymi kiczo-rusko-zachodnimi budynkami, kramami z żółto-niebieskimi flagami i kolorowymi wiatraczkami oraz obdrapanymi ulicami i innym chłamem – syfem. Ponadto miłym akcentem jest pomnik Jana Pawła II oraz część starego ogrodu zdrojowego.

Wszystko to spowodowało, że wieczorem zrobiliśmy sporą wódeczkę, posiedzieliśmy do 5 rano i już o 7:00 jechaliśmy busikiem do Drohobycza. W porównaniu do Truskawca, miasto Bruno Schultza prezentuje się bardzo ciekawie.  Całe miasto pełne jest ciekawych kamieniczek w stylu historyzmu z przełomu XIX i XX wieku, do tego można dodać secesyjne budynki oraz zabytkowe świątynie i obraz Drohobycza staję się pełny.

Jak Truskawiec był pełny rosyjskiego kiczu, tak w Drohobyczu, a jeszcze bardziej we Lwowie widoczny jest nacisk na chłam z zachodu. Budki z preclami pod kościołami, hipsterska kawa z ekspresu pod secesyjną kamienicą czy już zupełnie ukraiński folklor wielka, obdrapana  (oczywiście żółto-niebieska) scena w środku zabytkowego rynku. Dodatkowo to co najbardziej mierzi i wywołuje konwulsje żołądkowe, to wszechobecność czerwono-czarnych flag i smutna twarz łysego kolesia w krawacie spoglądającego na wszystkich swymi błędnymi z wysiłku umysłowego oczami. Wszędzie ulica Bandery, pomnik Bandery, a już totalnym infantylizmem jest sprzedawanie papieru toaletowego z podobizną Putina, czy szalików piłkarskich z dzielnym Stjepanem w czarno-czerwonych barwach. Oprócz tego wątpliwej jakości autorytetu, który wychodzi z każdego, sklepu, baru, kramu czy lodówki dramatem Ukraińców jest to, że nie wykorzystują niesamowitej historii, którą mają pod ręką. Drohobycz to miasto Bruno Schulza, ale żeby gdzieś znaleźć jakiekolwiek informacje na ten temat w mieście to trzeba się sporo nagimnastykować. Za to boski Stjepan jest wszędzie!

W Drohobyczu nie polecamy Muzeum Cакрального Mистецтва. Siedzą w małej chacie cztery baby i piją kawę, przeszkodziliśmy  im w tej skomplikowanej czynności, za co otrzymaliśmy na dwójkę 4 x bilety (A co statystyki rosną!) i gestapo stojące nam nad głową jakbyśmy mieli zaraz wynieść zabytkowe rękawice popa z XXI wieku.

IMG_20170829_112517.jpg

Kolejnym etapem naszej podróży była wizyta we Lwowie. Michał ostatni raz w mieście Semper Fidelis był w 2010 roku i ja już wiedziałem, że kontakt z tym miejscem w obecnych czasach wywoła u niego gorączkę. Tak też się stało.

Dla tych co jeździli na wschód od wielu lat, wjazd do Lwowa zawsze był pierwszym zetknięciem ze wschodem, a także i w szczególności z typowo pięknym przedwojennym polskim miastem. Dzisiaj, gdy wjeżdżamy do Lwowa (oczywiście jego centrum) mamy do czynienia z… Krakowem,  może Wrocławiem, Gdańskiem? I to chyba złe porównania, bo Lwów zamienił się w zachodnie miasto, ale niestety w znaczeniu tego słowa raczej negatywnym. Ok, dwie restauracje w mieście jak kiedyś bywało to rzeczywiście było za mało, ale gdy na zabytkowym pięknym starym polskim rynku powstają knajpy z wielkimi czerwonymi szyldami, w których można napić się wódeczki siedząc na drewnianych paletach, gdy w secesyjnej kamienicy mieści się lokal gdzie karły podają zapiekanki i mogą Cię zamknąć w celi na czas libacji alkoholowej, gdy w przejściu pod arsenałem sprzedają (pyszne swoją drogą) żeberka i piwo to jakoś serce się kraja. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem za tym żeby miasto się nie rozwijało, żeby było smutne, a turystów oglądało od święta. Po prostu lata temu jeździło się do Lwowa, aby zobaczyć co utraciliśmy w 1939 roku. Dzisiaj jeździ się na pizzę i mohito. Szkoda.

Na szczęście niesmak Michała, który ciągnął się za nim od momentu, gdy postawił nogę na Lwowskiej ziemi udało mi się zamazać, gdy zabrałem go na wódeczkę w knajpie zapijaną kwasem. Co prawda knajpa to sieciówka, nawiązująca klimatem do przedwojennych baciarów, ale mimo wszystko połóweczka weszła jak ta lala.

Rano odbyliśmy jeszcze długi spacer po rejonie trochę oddalonym od centrum Lwowa żeby poglądac ciekawe zabytki architektury miejskiej. Trafiliśmy też na Lwowską Politechnikę, gdzie można oglądać kładkę Thulliego z roku 1894, czyli najstarszą zachowaną konstrukcję żelbetową na ziemiach polskich. Pewnie myślicie, ze w budynku politechniki znajdują się tablice upamiętniające Stefana Banacha, Kazimierza Bartela, Władysława Sikorskiego? Nie, nie jest za to Stjepan Bandera i Roman Szuchewycz. Szczególnie ciekawa jest obecność tego pierwszego, który… nie ukończył studiów. To tak jakby wydział Prawa, Administracji i Ekonomii we Wrocławiu dał sobie tablicę z Pawłem Kukizem. Ciekawe, ciekawe.

Po obejrzeniu jeszcze kilku pomników z boskim Stjepanem i widłami uznaliśmy, że za dużo już tego wszystkiego i wsiedliśmy w busa, a następnie w pociąg powrotny do Polski. Dobrze, ze  w Warsie było miejsce i mogliśmy delektować się złocistym trunkiem wspominając nasze stepowe wojaże z przed kilku dni. Polecamy wszystkim Ukrainę!

IMG_20170829_192048.jpg

J.K.

Reklamy

5 uwag do wpisu “Na karym dzianecie po rubieżach Ojczyzny!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s