Góry Złote – czyli jak zostałem Zajobem

Archiwum 2015, Pod namiot, Wyprawy

Wiecie co jest najlepsze w wyprawach górskich, oczywiście poza spędzaniem czasu na szlaku? Biwaki, przepiękne widoki ze szczytów – wiadomo. Ale nie tylko. Osobiście niezwyklę lubię te kilka godzin przed wyprawą, które zazwyczaj spędzam w pracy, meldując się w niej już w pełnym górskim oporządzeniu. Wzbudza to niekiedy sporą sensację, rozkręcając szereg rozmów i dyskusji, a przy okazji pozytywnie nastraja na resztę dnia. Czas do upragnionego fajrantu dzięki temu zdaje się biec szybciej. Dodatkowo świadomość, że gdzieś w innych zakładach pracy pozostali członkowie ekipy wzbudzają w swoim środowisku podobne zainteresowanie, sprawia że dobrego humoru może mnie pozbawić jedynie lektura newsów ze świata polityki, ale tych staram się wówczas unikać niemniej niż były już prezydent słownika poprawnej polszczyzny.

P1290411

Nasz lipcowy wypad w Góry Złote był o tyle fajny, że wraz z nim spełniłem formalne wymogi, by dołączyć do Górskich Zajobów, choć do pełnoprawnego członka tego elitarnego grona jeszcze mi trochę brakuje – czeka mnie jeszcze oficjalny chrzest. Jak to wyglądało, czy dałem radę i co należy zrobić, aby oficjalnie móc nazywać się Zajobem – opiszę Wam w jednej z następnych relacji, póki co pozostańmy jeszcze na moment w ciepłym, wakacyjnym weekendzie, który był świetnym tłem dla wyprawy w rzeczone Góry Złote.

P1290421

Nasz trip rozpoczął się dość późno, bo około 19.00 kiedy po pracy i krótkiej podróży via Kłodzko wysiedliśmy w okolicach malowniczego Lądka Zdroju, z miejsca obierając sobie na cel położone w pobliżu Trojaka (766 m.n.p.m.) Skałki lądeckie. Zachodzące słońce w scenerii niemal żywcem wyjętej z pierwszych ujęć Króla Lwa (Maaaachibenjaaa!!) to widok, który zapamiętam na długo. Trasa zapowiadała się niesamowicie ciekawie, zwłaszcza, że jak przystało na zbójów, nocleg zaplanowaliśmy sobie na ruinach starej zbójeckiej waroni – Zamku Karpień, na szczycie dość stromego Karpiaka (782 m.n.p.m.)

20150717_205447 P1290431 P1290432 P1290440

Zamek Karpień

Za zamkiem na Karpiaku kryja się w ogóle dość ciekawa i bogata historia. Niektórzy badacze sugerują, że pierwszy gród powstał tu jeszcze w czasach wczesnośredniowiecznych a zbudowali go… Chorwaci, których podobnie jak Madziarów czy przedstawicieli innych plemion nosiło wówczas po całej środkowej Europie. Później miał w drewnianej warowni przebywać i sam Bolesław Chrobry przed swoją wyprawą na Czechy w 1003 roku, a także kolejny z wielkich Piastów – Bolesław Śmiały, również zatrzymując się tam przed wypadem do naszych południowych sąsiadów.

Sama nazwa zamku wzięła się ponoć od herbu jednego z lenników króla czeskiego Jana Luksemburskiego, który wzniósł go w tym miejscu, aby zabezpieczał okoliczne doliny i przełęcze, przez które biegł niezwykle ważny wówczas szlak handlowy tzw. Solna Droga (coś w tym może być, bo na szczycie suszyło nas niesamowicie). Kres świetności budowli wyznaczyli tradycyjnie w tym rejonie Husyci, którzy spustoszyli ją dotkliwie dwukrotnie, a to co z niego po wizytach Bożych Wojowników pozostało przejął później niejaki Hinko Krušina.

Aparat musiał być z niego niemały, skoro pomimo szlacheckiego stanu zamienił zamek w rozbójcznice siedlisko, a za splądrowanie w 1442 roku Klasztoru w Henrykowie został przez mnichów przeklęty i ponoć do tej pory błąka się po ruinach na szczycie Karpiaka. Karierę Karpienia jako gniazda zbójów zakończyli okoliczni mieszkańcy, którzy w 1513 roku ostatecznie przestali tolerować specyficzne sąsiedztwo i niczym leśniczy z czerstwego kawału wszystkich ze wzgórza przepędzili, a zamek uspołecznili, rozkradając kamień pod własne potrzeby.

Jak sami widzicie, rekomendacja aby właśnie tam rozbić się na nocleg była aż nadto solidna.  Kiedy więc wdrapaliśmy na szczyt, podążając wytrwale czerwonym szlakiem i nacieszyliśmy oczy ostatnimi promieniami lipcowego słońca, z wielkim zapałem oddaliśmy się biwakowaniu, które tradycyjnie już przeciągnęło się aż do późnych godzin nocnych.

P1290449 P1290456

Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu spokojnego snu sprawiedliwych nie zakłócił nam duch wspomnianego Krušiny, a… Uczestnicy Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich, którym rozbiliśmy się dokładnie niemal dokładnie na trasie. Nieświadomie posłużyliśmy im za dodatkową przeszkodę, ale całe na szczęście żaden z nich nie zaplątał się w linki naszych namiotów, więc nie musieliśmy unikać ich wzroku na dalszej trasie. Rano, nieco zmęczeni wieczornym odpoczynkiem, lecz generalnie w świetnych humorach ruszyliśmy więc dalej, trzymając się kurczowo znikającego  i pojawiającego się znienacka zielonego szlaku, który wiódł nas na Borówkową Górę (900 m.n.p.m.).

P1290459 P1290462 P1290467

Borówkowa Góra (900 m.n.p.m.)

Zanim dotarliśmy na niemały szczyt tej niezwykłej góry, musieliśmy naturalnie skorzystać z dobrodziejstw pobliskich Czech i zaopatrzyć się w wyborne piwo i lentilki. Niechaj będzie to zarazem dowód na wyższość cywilizacyjną naszych południowych sąsiadów w tym aspekcie, bowiem infrastruktura po polskiej stronie zatrzymała się mniej więcej na czasach Bolesława Śmiałego, podczas gdy po stronie czeskiej sklepów i karczm na trasie nie brakuje. Po kilku bardziej lub mniej wymuszonych postojach w bajkowej okolicy Gór Złotych, które z resztą dokładnie dokumentowaliśmy, wdrapaliśmy się w końcu na Borówkową, nawiązując tym samym do legendarnych kurierów Solidarności Polsko-Czesko-Słowackiej, kursujących tędy w latach 80 przez zieloną granicę. Na szczęście czasy się zmieniły i zamiast kryć się po krzakach przed patrolami WOP-istów, mogliśmy nacieszyć oczy nieprawdopodonym widokiem z tamtejszej wieży widokowej (wejście jest za darmo, a widok na Przełęcz Lądecką, ziemię kłodzką czy Morawy po czeskiej stronie dosłownie wywala z kapci!), a żołądki szaszłykami i frytkami zaserwowanymi nam przez sympatycznego Czecha, który do swojej pracy podchodził z fantazją charakterystyczną tylko dla tego pogodnego narodu.

P1290470 P1290475 P1290487

Jako, że dzień był jeszcze dość młody, a horyzont po polskiej stronie zaczął pogrążać się w coraz ciemniejszych, burzowych cumulusach, po zebraniu sił, ponownie zarzuciliśmy na grzebiet plecaki, by granicznym, zielonym szlakiem obrać azymut na nasz kolejny cel – Jawornik Wielki (872 m.n.p.m.).

Zielony szlak na Jawornik jest niezwykle malowniczy. Wiedzie wśród buków, modrzewi i świerków, które w lipcowym popołudniu służyły nam zbawiennym przy tej pogodzie cieniem. Po niecałej godzinie marszu, zza drzew wyłoniła się dwupoziomowa, siedmiometrowa wieża widokowa na Jaworniku, wybudowana kilka lat temu w ramach mikroprojektu Szlak widokowy szczytami pogranicza. Trzeba przyznać, że były to dość dobrze zainwestowanie pieniądze (o ile oczywiście, kosztorys jej otwarcia nie przypominał kosztorysu budowy kilometra autostrady A2), bo widok na Przedgórze Śląskie oraz Nizinę Śląską jest tam naprawdę zacny, choć kilka drzew można by jeszcze ściąć. Tam jak zwyczaj nakazuje uczciliśmy zdobycie kolejnej góry toastem z zakupionego wcześniej czeskiego piwa i po wykonaniu kilku słitfoci, dokumentujących nasz sukces, ruszyliśmy dalej, na bus, mający zawieźć nas do Paczkowa, gdzie nad tamtejszym zalewem zaplanowaliśmy sobie nocleg. I w zasadzie w tym momencie dobiegł końca etap beztroskiej radości naszej wyprawy. Od momentu kiedy znaleźliśmy się w mknącym do tej malowniczej miejscości busie, poczuliśmy się jakby dołączył do nas Murphy z bagażem wszystkich swoich praw. Na czele z najbardziej kardynalnym…

P1290501 P1290503 P1290510

Jeżeli coś może pójść nie tak, na pewno pójdzie nie tak.

Mogliśmy zgubić szlak w Paczkowie i obrać kierunek dokładnie odwrotny od celu, gdzie zaplanowaliśmy biwak? Pewnie, że mogliśmy! I tak właśnie zrobiliśmy. Mógł zastać nas zmrok zanim dotrzemy na jezioro? Oczywiście! I tak się stąło. Czy prawdopodobne, że nad brzegiem jeziora, jedynie w świetle gwiazd i latarek nie znajdziemy chociażby gałązki do rozpalenia ogniska? Bardzo prawdopodobne! Zatem nie drewna nie było. Czy ukoronowaniem tak wspaniałego lipcowego wieczoru mógła być burza? Domyślcie się.

P1290524

Sami zatem widzicie, że nastroje nam lekko przygasły zwłaszcza wobec faktu, że następnego dnia czekał nas nieco ponad dziesięciokilometrowy marsz drogą do Kamieńca Ząbkowickiego, skąd pociągami mieliśmy rozjechać się w swoje strony świata. I tym razem towarzyszył nam niezawodny Murphy, choć w nieco przewrotnej formie. Bo czy mogliśmy liczyć, że przy drodze uda nam się złapać stopa, który wybawi nas od wyczerpującego marszu asfaltem w pełnym słońcu letniego dnia? Naturalnie, że mogliśmy! Tyle, że żaden z kierowców na nasze najpierw rozpaczliwe, a później już pełne zwątpienia gesty kciukiem nie reagował.

P1290527 P1290530

Lecz nic to, że tak bolały rany (na nogach!). W akompaniamencie coraz bardziej sporadycznych wiązanek pod adresem kolejnych kierowców, asfaltu, słońca, much czy czegoś tam jeszcze dotarliśmy w końcu do upragnionej tabliczki, którego napis brzmiał w naszych uszach, niczym najczystsza poezja – Kamieniec Ząbkowicki. Pozdrawiamy  z tego miejsca gorąco właściciela jednego ze sklepów w Kamieńcu, który ocalił nas od płaczu w głos i pozwolił zaopatrzyć się w nieodzowną każdego trzeciego dnia naszych wypraw zimną jak serce profesor Staniszkis colę oraz wydatnie poprawiające humory tego dnia lody.

P1290533

Tak wyglądał mój ostatni wypad w góry w charakterze żółtodzioba, a pierwszy jako zajoba. Góry Złote wysoko postawiły poprzeczkę, ale i potrafiły pięknie nagrodzić trud wyprawy wspaniałymi widokami, spokojem, a także kolejną porcją energii, która pozwalała powrócić do zwykłej codzienności i trwać w oczekiwaniu do kolejnego wypadu.

Ale to już zupełnie inna historia.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Góry Złote – czyli jak zostałem Zajobem

  1. Bardzo fajny wpis, Góry Złote to mój kolejny cel w Sudetach. Wasz wpis pomoże mi ułożyć lepiej plan wycieczki, pozdro Górskie Zajoby ! P.S. Fajnie, że opisujecie tą mniej komercyjną część naszych gór, często zapomnianą przez turystykę, hmmm…. ale w pewnym sensie może i lepiej, bo na takich szlakach nie spotkasz ludzi w japonkach 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s