Zajoby w Austrii, czyli do phraccy!!!!!

Archiwum 2015, Pod namiot, Reszta, Wyprawy

Wyjazd jakiego jeszcze nie było w historii Górskich Zajobów! Prawdziwe potężne góry Taury Wysokie miały stać się naszym celem, co prawda Chełmiec to to nie jest, ale jednak hard core lekki był 😉

Przygotowania do wyjazdu zajmowały dużo czasu, tym razem zamiast ustalać ile piw oraz kiełbasy lub karczku każdy bierze, musieliśmy przygotowywać prowiant niczym Adam Bielecki idący na Broad Peak. Pewnie się śmiejecie, ale dla nas wyhodowanych na zwierzęcym tłuszczu i złocistym trunku, jedzenie kaszek mannych i owsianek to szczyt możliwości, a dla takiego Adama B. zwykła rutyna 😀 Tak czy siak musieliśmy (próbowaliśmy) zachowywać się jak profesjonaliści. Sporo ważnych informacji przekazał nam nasz główny przewodnik Grigor, który jest nie lada podróżnikiem, a w Alpach to i Mont Blanc zdobył. Ja mam koszulkę z Decathlonu z napisem Mont Blanc czyli też nie taki znowu amator!

IMGP1963

Wyruszaliśmy objuczeni średnio ciężkim bagażem w środę tuż przed Bożym Ciałem, tak aby już w czwartek z rana przyatkakować pierwszy szczyt, droga minęła szybko, a nasz kierowca choć trzeźwy, jechał mało brawurowo (WTF?!). Noc spędziliśmy na parkingu, a już pierwsze widoki z rana spowodowały, że się tak wyrażę że „kopary nam na ziemię spadły”!
P1270634
P1270605

P1270630P1270612

Pierwszego dnia podjęliśmy próbę zdobycia szczytu Lasorling, który był też najwyższym szczytem pasma na które się wspinaliśmy. Podejście rozpoczęło się na wysokości 1350 m.n.p.m., a szczyt miał 3098 m. n. p. m. Jak widać różnica wysokości niesamowita! Dysponowaliśmy różną kondycją, Grigor jak na prawdziwego podróżnika przystało wystrzelił jak rakieta do przodu, razem z nim podążał dobrze przygotowany fizycznie Michaś, za nimi podążał szalony Piotr, a dalej za nimi wlekł się Wujo i na końcu ja szedłem. Oczywiście podziwiałem widoki i robiłem zdjęcia jakby kto pytał, nie że wypluwałem płuca, a podziwiać było co 🙂

P1270643 P1270647IMGP1974IMGP1986

Droga wiodła wzdłuż wielkiego strumienia mijała pobliskie schronisko Berger See Hutte i dochodziła do długiego i bardzo stromego piargu. Jak bardzo był on stromy dowiedzieliśmy się dopiero na drugi dzień, gdy stanęliśmy na górze na przeciwko i naszym oczom ukazała się niemal pionowa kupa kamieni! Sami zobaczcie:

P1270790

Wspinanie szło nieźle aż do momentu, gdy dostaliśmy się w taki jakby mały jar, cały zwalony śniegiem, po którym strach był iść i skałami w około. Wiedzieliśmy też, że szlak mija nas lekko na prawo, dlatego mimo, że wysokość była już prawie 2800 m.n.p.m. musieliśmy zmienić swoje obecne położone, bo nie dawało ono nadziei na szczytowanie, jedynie na rozpaczanie.

P1270677 P1270686

Nasz przewodnik, niczym Gandalf pod Karadhras zaczął trawersować zbocze góry, aby dojść do szlaku i udało mu się go odnaleźć. Aby dotrzeć do szlaku ze skałkami trzeba było iść po bardzo niebezpiecznym odcinku, gdzie śnieg był bardzo roztopiony, ziemia się obsuwała z kamieniami, a pośliźnięcie mogło spowodować bardzo przykre sturlanie się kilkaset metrów niżej, chyba nie muszę Wam mówić, że taki spadający Zajob stałby się zapewne martwym Zajobem.

P1270688 P1270691

Mówią, że najlepiej iść na końcu, no cóż nie zawsze! Tym razem idąc na końcu szedłem już po rozoranej brei, która w którymś momencie zdecydowała, że ma coś do łysoniów… No i cóż zacząłem się osuwać w dół, a poniżej już były tylko skały i kamienie, jedynym wyjściem było położyć się na płasko, niczym minister Siwiec na Ziemi Kaliskiej i próbować jakoś wpełznąć, no ale mimo tego niesamowitego planu zjeżdżałem dalej. Chłopaki podali mi kije, ale z plecakiem nie było szans żebym wrócił i trzeba było odpalać Wisporta w dół. Przekoziołkował z 200 metrów, a jak się później okazało nic mu się nie stało!!! Nawet okulary plastikowe były całe. Ta przygoda ewidentnie podziałała nam na wyobraźnie, ja zrezygnowałem z dalszego atakowania „Lasera” chłopaki po dojściu do szlaku próbowali podejść kawałek, ale sytuacja była wręcz rozpaczliwa i trzeba było schodzić. To oczywiście nastręczyło wielkich trudności, każdy poszedł w swoją stronę. Przygód przy zejściu było co niemiara znów poleciały Wisporty, Piotr był w bardzo trudnej sytuacji, a Ja, Grigor i Michał schodziliśmy po utwardzonym śniegu jak prawdziwi Himalaiści. Trochę mnie to wszystko poryło, ale na szczęście złamaliśmy rady Michała i Grigora sprzed wyjazdu i zabraliśmy trochę wody ognistej – pomogło mi to przetrwać trudne chwilę na dole 😉

P1270689 P1270695IMGP1990IMGP1996

Po posileniu się uznaliśmy, że wieczór trzeba zakończyć jakimś miłym noclegiem. Udaliśmy się na Zopatnitzenalm 2375 m.n.p.m , gdzie mieliśmy niesamowity widok na na min. Grossglocknera. W lepszym miejscu nigdy nie spałem, brakowało tylko piwka i boczku z ogniska, ale trochę rubasznych kocopołów oraz łyk cytrynówki spowodowały, że czułem się jak w domu (czyt. w Sudetach).

P1270722 P1270719 P1270717IMGP2052

W piątek mieliśmy przejść do Clarahute, schroniska w którym według legend miejskich ponoć pracują Polacy. Po długich dyskusjach wróciliśmy w miejsce skąd atakowaliśmy „Lasera” i ruszyliśmy na mniejszą górkę,  Toinigspitze 2666 m.n.p.m. Zdobycie tego szczytu było dla mnie rekordem wysokości, podejście było bardzo ciekawe, a widoki zapierały dech w piersiach.

P1270773 P1270767 P1270780 P1270770

Grigor i Michał przez chwile udawali Juhasów, ale barany nie były takie głupie i nie dały się nabrać na ich łabędzi śpiew.

P1270800IMGP2069

Podejście na Toinigspitze prowadzi najpierw przez mały, drobny lasek, potem otwartymi halami na grań, a stamtąd już tylko rzut beretem na sam szczyt.

P1270792 P1270784

Na szczycie znajduje się od-gromiony krzyż oraz mała książeczka na wpisy.

P1270796IMGP2078 IMGP2079

Po zejściu posililiśmy się nad strumieniem, a w schronisku Berger See Hutte wypiliśmy po pierwszym piwku na tym wyjeździe. Smakowało jak miód spijany z pępka Afrodyty, jak nektar z owoców w Edenie, jak wódka Kwaśniewskiemu… no po prostu dobre zimne piwerko!

P1270817IMGP2103 IMGP2104

To też chyba podziałało na moje nogi niczym kamień u szyi tonącemu, bo zaczęły odmawiać posłuszeństwa, a tego wieczoru mieliśmy jeszcze do przejścia długą drogę przez malowniczą dolinę Umbaltal do schroniska Clarahutte 2038 m.n.p.m., gdzie jak się okazało… a to za chwilę co się okazało najpierw kilka zdjęć z doliny, bo była cudna.  

P1270829 P1270836

Jak się okazało dzierżawcami są Polacy Kasia i Andrzej, których serdecznie pozdrawiamy! Oczywiście spotkanie Polaków było dla nich szokiem, zresztą dla Nas też. Radość ze spotkania pobratymców na ziemi, z której pochodzi niejeden malarz pokojowy, spowodowała że uruchomiliśmy napoje egzotyczne. 

IMGP2123 IMGP2124 IMGP2134

Dosiadł się do Nas też Andrew, z pochodzenia ponoć też Polak, który postawił jeszcze litrowego Obstlera. Jeżeli wieczór mógł przynosić wątpliwości co do kraju pochodzenia babki Andrew to poranny zestaw pobudkowy już nie mógł ukryć skąd ród jego:

P1270875

Popijać w miłym towarzystwie i wysłuchując włoskich kazań Grigora, w którymś momencie zgodziliśmy się wstać o 6:00 rano i pomóc budować most w Alpach. I jak się okazało wszyscy wzięli to na poważnie! I musieliśmy dybać zaskoczeni i zaspani pod górę rzeki i stawiać na śnieżnym języku metalowy most. Za kilka tygodni będzie tędy płynął potężny strumień:

P1270874 P1270873 P1270868 P1270863

Potem ponosiliśmy trochę sprzętów, do świeżo otwierającego się schroniska. Oczywiście robiliśmy to z radosnym okrzykiem na ustach: „do phraccy!!!” W nagrodę dostaliśmy piwko i miłe słowo!  🙂

IMGP2161

Następnie większa część naszej ekipy zdecydowała rzutem na taśmę zdobyć trzytysięcznik. Ja musiałem zdezerterować i  powoli sobie dreptałem przez dolinę, bo moje buty z … pewnego dużego sportowego marketu 😉 świetne w Sudetach, gdzie skały i kamienie to raczej rzadkość, tutaj okazały się tak przydatne jak czapka uszanka w Republice Demokratycznej Konga. Dzięki temu miałem czas porobić zdjęcia i nacieszyć się piękną doliną Umbaltal, w której dba się o przestrzeń życiową 🙂

P1270887 P1270901 P1270941 P1270964 P1270913P1270846

Chłopaki uderzyli w stronę Kreuzspitze 3155 m.n.p.m. Podjechali trochę autem, dokąd się dało, a potem 1500 metrów musieli pokonać do góry. Jak było? No z ich opowieści brzmi, że skala trudności podobna jak na Lasorlingu tyle, że nie było śniegu, a oni nie mieli plecaków. To dało im niesamowitego kopa, gdy ja już przeszedłem swoją dolinkę spotkałem się Wujem, który z powodów wszelakich (głównie żołądkowych) musiał zawrócić z góry, a chłopaki szybko przemieszczali się po skałkach. Według naszych wyliczeń czynionych przy piwku w jakiejś knajpce powinni dopiero byli zacząć schodzić, a tu nagle podjechał Passat i wyskoczyło trzech zmęczonych, ale zadowolonych chłopa. Inna sprawa, że rozpętało się wtedy piekło na ziemi, błyskawice waliły jak artyleria radziecka na Berlin, albo POlacy na Londyn za czasów Tuska, a jak chłopaki byliby wtedy w górach to… ech dobrze, że mają takiego POWERA!!!

IMGP2200 IMGP2189 IMGP2193 IMGP2202

Cel udało się zrealizować Grigorowi, który stanął na szczycie Kreuzspitze 3155 m.n.p.m.,  idąc momentami nad przepaścią po ostrej grani, a Michał oraz Piotr zdobyli Vorderer Sajatkopf 2915 m.n.p.m. Szacun dla chłopaków tym większy, że po trzech dniach biegania po górach, w pełnym słońcu zdobyli niełatwe szczyty przekraczając sugerowany przez znaki czas!

IMGP2203 IMGP2206 IMGP2217 IMGP2219 IMGP2221 IMGP2224

Wszystkich zachęcamy do wizyty w Taurach Wysokich, szczególnie do odwiedzenia schroniska Clarahutte!

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Zajoby w Austrii, czyli do phraccy!!!!!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s