Pięć szczytów w jeden dzień, czyli Zajoby za kółkiem

Archiwum 2013, Jednodniówki, Wyprawy

Szybki plan

Wyjątkowa aktywność, jaka w ostatnich tygodniach wykazywaliśmy w z zdobywaniu kolejnych szczytów do różnych koron, w październiku również została utrzymana. Na co tygodniowej nasiadówce, zdecydowaliśmy z Darkiem ruszyć pozdobywać brakujące nam szczyty do poszczególnych koron, które nie będą zdobyte podczas kilkudniowych wypraw oraz pojedyncze, oddalone od wszystkich innych i mało ciekawe. uzbierało się nam co najmniej 5 szczytów na ta przejażdżkę i jeszcze kilka na kolejna, ale nie uprzedzajmy faktów.

Do zdobycia na sobotę zostały wyznaczone:

1. Krzyżowa Góra(Strzegom)

2. Sikornik (Międzylesie)

3. Suchoń(Korona Ziemi Kłodzkiej)

4. Szczeliniec(Góry Stołowe)

5. Gardzień(drugie podejście)

Krótki czas na realizację planu oraz znaczne odległości między poszczególnymi górami, mogły zadecydować o niepowodzeniu naszej wyprawy. Do tego wszak bardzo niepewna pogoda, większość prognoz zapowiadało deszcz, ale postanowiliśmy nie odpuszczać nawet gdyby z nieba spadały na nas harpagany deszczu.

Ładny widoczek i zwykła popierdułka 

Plan wymagał pewnego zgrania logistycznego. Ja wyruszałem z pijackiego Wrocławia o 5:55 busem do Świnicy, natomiast Darek musiał o 5:00 rano odwieść Pana Bogdana do pracy, zakosić mu samochodzik i przyjechać po mnie do Świdnicy. na Szczęście wszystko rozegraliśmy perfekcyjnie i już o 7:30 zaparkowaliśmy auto na osiedlu w Strzegomiu, w pobliżu Krzyżowej Góry.

Dla tych, którzy będą poszukiwali najdogodniejszego miejsca do szybkiego zdobycia szczytu, podpowiadamy że można zaparkować na końcu ulicy Sosnowej, gdzie rozpoczyna się podejście pod Krzyżowa Górę.

Ruszając  z tego miejsca, po jakiś 10 minutach jesteśmy na szczycie skąd możemy podziwiać na prawdę ciekawy widok oraz krzyż wraz z tabliczka. Napis widnieje  w dwóch językach, upamiętnia bitwę sprzed prawie trzystu lat pomiędzy Prusami a Austriakami, która rozegrała się w pobliżu Strzegomia.

Po udokumentowaniu naszego podboju ruszamy szybkim marszem do auta, zwracamy jeszcze uwagę na krzyże wokół góry i przyjemne miejsce do biwakowania.

Następnie odpalamy „szaloneza” i ruszamy w stronę Międzylesia, gdzie czaił się nasz kolejny cel – Sikornik. Podpowiadam kierowcy, abyśmy pojechali ciekawa trasa obok Bielawy i przez Góry Sowie, co okazuje się dobrym pomysłem gdyż podziwiamy niesamowite widoki, a także odnajdujemy interesujące nas wejście na „Czeszkę” w Górach Sowich. Dlaczego nas ono interesowało na razie zdradzimy 🙂 Po przyjechaniu do Międzylesia, udajemy się na ulicę Jana III Sobieskiego, której leśne przedłużenie prowadzi na najwyższy szczyt Kotliny Kłodzkiej – Sikornik.

Po jakimś 10 minutowym spacerze docieramy do rozejścia się szlaku żółtego i czerwonego i jesteśmy w szoku, gdyż okazuje się, że właściwie jesteśmy na szczycie!!!

Tak to pole jest szczytem. Właściwie to mały zagajnik przy żółtym szlaku, jakieś 100 metrów na wprost, patrząc od strony Międzylesia.

Trochę zdegustowani zaczynami poszukiwania jakiegoś punktu pomiarowego lub tabliczki. Udaje nam się po jakieś 5 minutach znaleźć punkt pomiarowy oraz fundamenty stojącej tu kiedyś ambony. Zastanawia nas czy to ta sama, która jest opisana na stronie http://www.outdoor.org.pl , może się to kiedyś wyjaśni.

Nieznany geniusz

Po zdobyciu tego niesamowitego szczytu, we wspólnej ocenie doszliśmy do wniosku że najgorszego do tej pory, ruszyliśmy w stronę Bystrzycy Kłodzkiej, a stamtąd na Idzików, aby zdobyć kolejny szczyt, tym razem do Korony Ziemi Kłodzkiej, Suchoń. Pod samym Suchoniem odkryliśmy coś takiego jak Pasterskie Skały, które postanowiliśmy „zbadać”. Skały okazały się niesamowite! Było to kilka form skalnych, które w dziwnych kształtach wyrastały z góry.

Na prawdę zrobiło to na nas niesamowite wrażenie, skałki to idealne miejsce do wspinaczki, a obok znajduje się duża noclegowa wiata. Jedynym jej minusem jest fakt, że jest widoczna z daleka, natomiast posiada poddasze, a w okół niej miejsce na ognisko i dużo ławek.

Naprzeciwko ciekawych skałek wyrasta nam olbrzymia góra, która jak się okazało była naszym celem. Zapewne istnieje ścieżka prowadząca ze Skałek na szczyt, jednak my postanowiliśmy poszukać innej ścieżki. Zaparkowaliśmy nasz samochód za Idzikowem w pobliżu ostrego zakrętu, przy południowym stoku góry.

Zaparkowaliśmy przy drodze prowadzącej dość stromo pod górę, następnie trochę na czuja, trochę wspierając się mapom ruszyliśmy do góry. Po drodze mijaliśmy dziwne postaci poukładane z kamieni, jak mniemaliśmy stały tu żeby wskazywać drogę lub stanowiły element jakiejś zabawy.

Na sama górę nie prowadziła bezpośrednio żadna ścieżka, ale cała góra była opleciona szerokimi i przejezdnymi drogami górskimi (dla tych co po górach chodzą samochodami – idealne miejsce). Postanowiliśmy się ich trzymać, gdyż wchodzenie na szagę byłoby dużym wysiłkiem, a góra była na prawdę stroma. Drogi leśne prowadziły nas ciągle pod górę, po bardzo przyjemnym lesie, co nie powodowało zmęczenia. Wystarczy powiedzieć, że podczas zdobywania góry stawaliśmy tylko na czas zrobienia zdjęć ładnym widoczkom.

Gdy dotarliśmy do najwyżej położonego punktu na najwyżej położonej drodze przy bardzo ładnym punkcie widokowym, uznaliśmy że najwyższy czas za szturmować szczyt, tym bardziej że góra w tym miejscu nie była bardzo stroma. Po jakiś 10 minutach udało nam się odnaleźć świetnie oznakowany szczyt.

Na szczycie odnaleźliśmy puszkę z zeszytem, w którym zdobywcy Suchonia umieszczali swoje wpisy. Postanowiliśmy, że GZ nie może być gorsze i również się wpisaliśmy.

Udokumentowaliśmy nasz pobyt na tym szczycie i niczym sarenki ruszyliśmy największa stromiza w dół (cwaniaczki w dół to każdy potrafi :)).

Po drodze naszym  oczom ukazał się śliczny widok na Czarna górę.

Po 30 minutach byliśmy w samochodzie, gdzie posililiśmy się i napiliśmy herbatki, po czym ruszyliśmy do naszego kolejnego celu.

Król na tronie

Kolejnym celem naszej samochodowej wyprawy były Góry Stołowe i zdobycie Szczelińca. Jako, że nie mieliśmy zbyt wiele czasu uznaliśmy, że po najmniejszej linii oporu pojedziemy do Karłowa i tam po schodach zdobędziemy chyba najbardziej niesamowity szczyt w Sudetach. Dla mnie osobiście Góry Stołowe są jak drugi dom, w tym roku byłem tam już 4 razy i nie wiem czy ostatni, dlatego właśnie na zdjęciach ze Szczelińca uwieczniałem jedynie Darka, bo sam mam takich zdjęć pod dostatkiem 🙂

Po dojechaniu na parking przy bardzo fajnym ośrodku „Pod Szczelińcem”, postanowiliśmy jak najszybciej „przebiec” górę. Może to mało atrakcyjne, ale Góry Stołowe są tak niesamowite, że warto im poświęcić dużo czasu, którego my niestety nie mieliśmy i skupiliśmy się jedynie na zdobyciu szczytu do KSP, KS, KGP. Opis tego co można robić w Górach Stołowych znajdziecie w temacie o Szczelińcu w każdej z Koron.

Do schroniska dobiegliśmy w kilkanaście minut z parkingu, mijając po drodze zdezorientowanych ludzi, trochę skałek i zejście się szlaków żółtego z czerwonym.

Pod schroniskiem nie zabawiliśmy długo, Darek dostał kilka fot z obu tarasów widokowych i ruszyliśmy na ścieżkę krajoznawcza.

Po chwili dotarliśmy do najwyższego punktu na Szczelińcu czyli Tronu Liczyrzepy.

Dalej ścieżka prowadzi przez Piekiełko.

Kolejne ciekawe skałki i przejścia.

Wszystko uwieńczone ładnym widokiem na Karłów.

Po tej szaleńczej pogoni przez skały, niczym Muflony w Górach Sowich zbiegliśmy po schodach do naszej furmanki. Okazało się, że czas w jakim przebyliśmy cała trasę od parkingu do parkingu wyniósł godzinę i dziesięć minut!

To się nazywa szybkie zwiedzanie 🙂

Fallschirmjägers

Wisienka na torcie, która mieliśmy ochotę schrupać miał być zamknięty dla ruchu turystycznego szczyt Gardzień. Jeszcze we Wrześniu chcieliśmy zdobyć najwyższy szczyt Obniżenia Ścinawki, niestety wybraliśmy wtedy zła trasę, gdyż podchodząc od strony Tłumaczowa żółtym szlakiem (droga asfaltowa do Radkowa), zostaliśmy namierzeni przez patrol z pobliskiej kopalni (ściślej ochroniarza) i musieliśmy obejść się smakiem.

Dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że Góra Gardzień to obecnie miejsce, gdzie jacyś ponurzy krawaciarze postanowili wydobywać Melafir i robić na tym gruba kasę. Oczywiście maja w głębokim poważaniu miejscowa ludność oraz fakt, że jest to góra należąca do KSP. Jeszcze żeby to państwo wydobywało i sprzedawało, to można jakoś zrozumieć, ale to jakaś banda prywaciarzy. Ciekawe kto się na to zgodził i dlaczego?

Tak czy owak, góra została zamknięta i aby mieć ja zaliczona wystarczy pieczątka, która można dostać u  Oberschütze strzegącego wejścia do kopalni imienia Fritza Todta. Jeżeli komuś to wystarczy to okey. My dostaliśmy taka pieczątkę do Kenkarty (podczas ostatniej wycieczki), jednak nam to nie wystarczyło, musieliśmy zdobyć ta górę za wszelka cenę!!! Oto opis tej historycznej misji dowodzonej przez samego Otto Skorzennego.

Był październik roku 1943. Duży czarny Kubelwagen combi (w kamuflażu Hyundai), podjechał na rzadko uczęszczana szosę z Tuntschendorf (pol. Tłumaczów) do Wünschelburg (pol. Radków) i zaparkował tuż za niewielkim przysiółkiem nieopodal pobliskiej kopalni.

Gęsty las oraz doskonałe ukrycie nie pozwoliło dostrzec auta, pobliskiemu patrolowi z kopalni, który przemierzał szosę skryty w samochodzie opancerzonym SD.KFZ.251 (Zetor). Z Kubelwagena wysiadło dwóch zwalistych mężczyzn. Ich aryjskie rysy twarzy oraz nieskazitelna uroda sugerowały, że dostali się do SS jeszcze w czasach, gdy przyjmowano tylko poczciwych Niemców. Minimalnie niższy żołnierz rozłożył mapę na tylnym siedzeniu auta i przypomniał plan nad którym tyle czasu spędził ich dowódca Otto Skorzenny. Ich sytuacja nie była prosta, kopalni strzegli uzbrojeni po zęby, świetnie wyszkoleni żołnierze Dywizji Großdeutschland, którzy dysponowali co najmniej jednym samochodem opancerzonym oraz nieznana ilością broni maszynowej. Dodatkowo jedyna droga, która mogli zdobyć ważne wzgórze był gęsto porośnięty i zaminowany las.

Jednak nieustraszeni i doświadczeni komandosi, za nic mieli te zagrożenia i postanowili zdobyć wzgórze z zaskoczenia. Była 15.30, szósty października, roku pańskiego 1943…

Po przebyciu pola i łaki, miejsc gdzie byli widoczni dla strażników jak na dłoni, dzielni wojacy skryli się w lesie, w którym zastanawiali się czy zostali dostrzeżeni przez swoich wrogów. Długo jednak to nie trwało, czas było przemierzać las. Poruszali się cicho, niczym bezszelestnie wzdłuż linii lasu. Na razie wszystko szło genialnie…

Niestety w środku lasu natrafili na stare transzeje, które trzeba było ominąć z wykorzystaniem specjalistycznego sprzętu alpinistycznego. Na szczęście kwatermistrzostwo się postarało i zagwarantowało komandosom, najnowsze osiągniecie Włoskiej techniki, buty Asolo model VOYAGER XCR. Ponoć sam Mussolini w nich chodził.

Dzięki własnym umiejętnością i nowinkom technicznym udało im się pokonać rów i dotrzeć do niewielkiej polany, która drobno porastały małe brzózki.

Pomiędzy brzózkami, polem minowym i zasiekami pod prądem  komandosi sadzili wielkie susy i już po minucie trafili do lasu, który ciągnął się stromo do góry.

Po 15 minutach niespokojnego marszu, żołnierze ujrzeli cel swojej wyprawy szczyt góry, na którym musieli zamieścić ładunki wybuchowe (zrobić zdjęcia).

W chwilę później cel został osiągnięty. Obersturmbannführer von Lupitz mógł odpalić tak upragnionego papierosa i odetchnąć z ulga.

Misja została wypełniona, jeszcze tylko szybkie zejście do Kubelwagena i powrót do sztabu  w Waldenburgu. Uradowany szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy Reinhard Heydrich, na pewno doceni swoich walecznych żołnierzy i wepnie na pierś Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego z liśćmi dębu i mieczami (Odznakę Zdobywców Korony Sudetów Polskich).

Jedna uwaga do wpisu “Pięć szczytów w jeden dzień, czyli Zajoby za kółkiem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s