Przez morze gorącego asfaltu – Góry Kaczawskie i Izerskie

Archiwum 2011, Pod namiot, Wyprawy

Przerost ambicji nad… planem

Po wyjątkowo udanej wyprawie do Kotliny Kłodzkiej i zdobyciu Śnieżnika, nasze apetyty zostały rozbudzone. Tym razem uznaliśmy, że trzeba w mocnym stylu podbić Góry Kaczawskie oraz Góry Izerskie przy okazji zahaczając o ich najwyższe szczyty. Po drodze mieliśmy plan odpocząć nad Jeziorem Pilchowickim, co przy panujących na początku czerwca upałach było bardzo rozsądnym rozwiązaniem.

Plan zakładał udanie się busem do Bolkowa, następnie marsz w kierunku Gór Ołowianych, stamtąd do Radomierza i na szczyty Gór Kaczawskich. Kolejny dzień zakładał przedostanie się nad Jez. Pilchowickie, a w kolejny marsz niebieskim szlakiem, aż po Góry Izerskie. W ostatni dzień mieliśmy przejść czerwonym szlakiem, mniej więcej od Stogu Izerskiego aż po Szklarską Porębę i stamtąd wrócić do Wrocławia. Był to bardzo ambitny plan, który pokrzyżowała w dużej mierze pogoda oraz po prostu brak sił.

Tempo iście olimpijskie 

Znany wrocławski piłkarz powiedział kiedyś, że: „Jest niedziela, godzina 17:00 i pogoda nie sprzyja do grania w piłkę” . Patrząc na panującą wtedy w stolicy Dolnego Śląska pogodę (25 stopni i zero chmurek na niebie), powszechnie wyśmiano zawodnika i uznano, że gada bzdury i bez sensownie się tłumaczy. Nie wiem czy rzeczywiście taka pogoda mogła przeszkadzać w graniu w piłkę, ale już ponad 30 stopni w cieniu, podczas poruszania się po asfalcie w górach daje niesamowity, niestety negatywny efekt.

P1050822Naszą przygodę zaczęliśmy w Bolkowie na przystanku, gdzie po szybkich zakupach w „Biedrze” ruszyliśmy zielonym szlakiem najpierw na południe od miasteczka, by po parunastu minutach, w Wierzchosławicach odbić wzdłuż zielonego szlaku „Zamków Piastowskich” i skierować się w stronę malutkich Gór Ołowianych.

P1050834

Brnąc przez większość czasu w pełnym słońcu po gorącym jak piekło asfalcie, w ciągu niecałej półtorej godziny dotarliśmy do miejscowości Płonina, gdzie znajdowały się ruiny Zamku Niesytno, tego który ominęliśmy podczas naszej wycieczki po Szlaku Zamków Piastowskich. Słuchając mojego ekstra pomysłu, „skróciliśmy” sobie drogę do zamku idąc przez łąkę. Łączka okazała się być siedliskiem jakiś diabelskich pnącz, pokrzyw i innego dziadostwa, co tylko umiliło naszą dalszą podróż. Tak czy siak dojście do zamku prowadzi obok jakiegoś domu, w którym poza ludźmi spotkać można było… SARNĘ(sic!). Zaraz za domkiem rozpoczynają się zabudowania zamkowe, a po chwili dochodzimy do bramy , która co prawda jest zamknięta, ale jej sforsowanie nie nastręcza trudności.

P1050843P1050844

Sam zamek to na prawdę imponująca ruina, która jest niesamowicie zaniedbana. Widać, że oko ludzkie rzadko dociera do tego urokliwego miejsca, ale ja mimo wszystko polecam odwiedzić to miejsce.

P1050847P1050858P1050859

Po uzupełnieniu płynów i dokonaniu obowiązkowej dokumentacji fotograficznej, ruszyliśmy w niewielkie pasmo górskie, które od zachodu ograniczają Janowice Wielkie oraz Ciechanowice od Wschodu, natomiast ich północno-zachodni skrawek kończy się w Radomierzu. Góry Ołowiane to na prawdę urokliwe miejsce.  Iglasty las, trochę widoczków i jakże miły dla zmęczonych nóg dukt leśny, od razu poprawiły nam nastroje.

P1050869P1050871

W Radomierzu uzupełniliśmy nasze zapasy (głównie w jakże szybko wypijane płyny, szczególnie piwko ;)) i ruszyliśmy niebieskim szlakiem w stronę dwóch najwyższych szczytów Gór Kaczawskich Skopca oraz Barańca. Droga wiedzie przez na prawdę cudowne polanki, gdzie można podziwiać niesamowite widoki, między innymi na Karkonosze.

P1050882P1050883

Po dwóch godzinach marszu, przerwanego małą ulewą  i burzą, dotarliśmy na przełęcz między dwoma najwyższymi szczytami. Niestety zmęczenie dało się już we znaki i musieliśmy odpuścić sobie szukanie Skopca, najwyższego szczytu Gór Kaczawskich.

P1050886

Po przejściu jakiś 25 km tego dnia mieliśmy już dość, nasze nogi przeżywały prawdziwą katorgę, zamknięte w wysokich butach, mokre i przepocone. Tego dnia plan wykonaliśmy, niestety koszt jego realizacji był na prawdę olbrzymi. Marsz po asfalcie, w pełnym słońcu wykończył nas. Na szczęście jakiś kilometr od przełęczy pod Skopcem znaleźliśmy milutki las, gdzie postanowiliśmy spędzić noc i oddać się przyziemnym rozrywkom, czyli piciu browarka i jedzeniu pysznej karkówki z ogniska.

P1050901

Asfalt i upał – część druga

Drugi dzień naszej wyprawy rozpoczął się identycznie jak pierwszy, słońce grzało niesamowicie, a na niebie nie było śladu chmurki. Pierwsze dwa kilometry, niebiskiego szlaku prowadziły nas poprzez urocze polanki i wzgórza, z których rozciągał się niesamowity widok na Karkonosze. między innymi pod szczytem Źróbek, warto zatrzymać się na dłużej i po delektować się niezgorszym widokiem.

P1050912P1050922

Po zejściu z Przełęczy Widok (nazwa bardzo adekwatna), musieliśmy podjąć decyzje o tym, którędy dojdziemy do wymarzonego Jeziora Pilchowickiego. Nie chcieliśmy omijać gór idąc drogami asfaltowymi, gdyż nie po to tu przyjechaliśmy, ale skutki przemęczenia z poprzedniego dnia przypominały o sobie i trzeba było wybrać rozwiązanie pośrednie. Uznaliśmy, że wejście na Okole i Leśniak, które znajdowały się w dużej odległości od jeziora, jest bezcelowe i skrótem przez Chrośnicę powrócimy na niebieski szlak nie tracąc przy tym tyle sił. Niestety chodzenie po asfalcie przy takiej temperaturze okazało się zabójcze dla naszych stóp i już po kilku kilometrach zabrakło nam sił. Na szczęście myśl o kąpieli w jeziorze dodawała nam jeszcze miligramy energii. Niestety powrót na szlak nie poprawił naszego nędznego położenia. Ta część Gór Kaczawskich ewidentnie przegrywa z rejonem Skopca. Dominuje tu liściasty las, zarośnięty przez pnącza, pokrzywy i inne ustrojstwo, a chmary owadów nie dają chwili wytchnienia. Do tego wszystkiego przydarzyła nam się dość nieciekawa historia, choć z dzisiejszej perspektywy bardzo zabawna. Otóż, gdy maszerowaliśmy pod górę wzdłuż lasu połączonego z małą dziwną polaną, naszym oczom ukazał się….dzik. Co gorsza było to kilka młodych dzików wraz z lochą, co zwiastowało duże kłopoty. Pierwsze w historii spotkanie z dzikiem zakończyło się naszą kompromitacją i paniczną ucieczką w stronę najbliższego drzewa. Musieliśmy wyglądać co najmniej jak wojska Szujskiego pod Kłuszynem, spieprzające przed atakiem rozwścieczonej husarii. Niestety okazało się, że najbliższe drzewo znajduje się za niepozorną polanką, która na nasze nieszczęście okazała się bagnem. Po jakimś czasie udało nam się wygrzebać z tragicznej sytuacji, ale nasze nogi wyglądały już jak byśmy pieszo przeszli Syberię. Aby poprawić nam humory PTTK postanowiło urwać niebieski szlak, gdzieś w rejonie Strzyżowej Góry i tym samym poprowadzić nas przez pole pszenicy. Zaiste tego oczekiwaliśmy.

P1050941

Po wypiciu zimnej pepsi w Strzyżowcu skierowaliśmy się w stronę tamy nad Jeziorem Pilchowickim. Po drodze minęliśmy wiekowy wiadukt kolejowy.

P1050946P1050966

Następnie przekroczyliśmy wielką tamę na jeziorze i udaliśmy się w kierunku zachodniego brzegu jeziora, gdzie mieliśmy nadzieje znaleźć miły kąt do biwakowania.

P1050950 P1050951

Na szczęście po drugiej stronie jeziora odnaleźliśmy wyczekiwaną oazę i oddaliśmy się zajęciom relaksacyjnym 😉

P1050961P1050983

Plany ulegają zmianie

Mimo iście wakacyjnego wypoczynku nad jeziorem, nie udało nam się zregenerować sił na tyle by zrealizować powzięty jeszcze we Wrocławiu plan. Do tego wszystkiego musieliśmy przyspieszyć nasz powrót do domu i być maksymalnie czwartego dnia, po południu w stolicy Dolnego Śląska. Aby zobaczyć niesamowite Góry Izerskie, zdecydowaliśmy przemieścić się do Świeradowa Zdrój różnymi środkami lokomocji.

Naszą podróż w stronę „Izerów” rozpoczęliśmy z małej stacji przy zaporze Jeziora Pilchowickiego, skąd zabrał nas nowy pociąg relacji Lwówek Śląski – Jelenia Góra. Szczególne wrażenie robi na pasażerach przejazd przez wiadukt kolejowy, z którego rozpościera się piękny widok na Jezioro Pilchowickie.

P1050993P1050998

Po szybkiej przesiadce w Jeleniej Górze, w godzinach popołudniowych byliśmy już u podnóża Izerskiego Stogu w Świeradowie Zdroju. Żeby zaoszczędzić czasu i jak najwięcej zobaczyć w partiach szczytowych „Izerów” podjęliśmy decyzję, aby Stóg Izerski zdobyć niczym wytrawni alpiniści… kolejką gondolową. Co prawda prawdziwe zajoby nie powinny korzystać z takich udoskonaleń technicznych, ale zmęczenie i brak czasu przeważyły nad górskim zacięciem. Już po chwili byliśmy na szczycie, gdzie skorzystaliśmy z dobrodziejstwa znajdującego się tam schroniska i wypiliśmy po małym piwku.

P1060022 P1060023

Będąc na szczycie przekonaliśmy się, że to co piszą w przewodniku o pogodzie w Górach Izerskich jest prawdą. Gdy jeszcze niedawno wygrzewaliśmy się w słońcu, a na niebie nie widzieliśmy ani jednej chmurki, to na Izerskim Stogu, było chłodno, wiało i co chwilę padał nieprzyjemny deszcz. Niezrażeni tym faktem ruszaliśmy żwawym krokiem czerwonym szlakiem w stronę Izerskiej polany, czasu do zmroku było już niewiele, a chcieliśmy zajść jak najdalej tego dnia. Po godzinie doszliśmy na Izerską Polanę, która uraczyła nas swoim pięknem.

P1060050

Niestety pogoda psuła się co raz bardziej, a po drodze natrafialiśmy między innymi na takie kwiatki:

P1060047

Zła pogoda i co raz mocniejszy deszcz zmusił nas do rozbicia obozowiska w okolicach Mokrej Przełęczy i muszę przyznać, że był to chyba najgorszy nocleg w górach, gdyż nawdychałem się ton dymu z maleńkiego dziadowskiego ogniska i do tego nieźle zmokłem.

P1060058

Tak zakończył się ten dziwny i raczej mało interesujący dzień.

Izery rządzą!!!

Negatywne odczucia trzeciego dnia szybko poszły w niepamięć  gdy ruszyliśmy z powrotem na szlak ostatniego dnia naszej wyprawy. Okazało się, że „Izery” to piękne góry, pełne krętych ścieżek, pośród młodych drzew iglastych (sadzonych po katastrofie ekologicznej) oraz ciekawych miejsc, które polecam każdemu zobaczyć.

Odcinek między Mokrą Przełęczą, a Przednią Kopą Izerską pokonuje się po duktem leśnym, na którym natrafiamy na ciekawe punkty widokowe.

P1060071 P1060067

Niestety po drodze do nieczynnej kopalni kwarcytu „Stanisław” ominęliśmy najwyższy szczyt Gór Izerskich – Wysoką Kopę, co wynikało głównie z naszego pośpiechu tego dnia. Sama kopalnia to miejsce bardzo klimatyczne i warte polecenia.

P1060079 P1060075

Z kopalni ruszyliśmy czerwonym szlakiem w stronę Szklarskie Poręby, a zatrzymywaliśmy się już tylko przy co bardziej urokliwych skałkach.

P1060086

Po jakiejś godzinie drogi od kopalni dotarliśmy do Wysokiego Kamienia, szczytu gdzie znajduje się kawiarnia oraz popularny punkt widokowy.

P1060095

Po zdobyciu szczytu ruszyliśmy szybkim marszem w dół w kierunku Szklarskiej Poręby, gdzie siedliśmy w autobus do Wrocławia.

Wycieczkę można podsumować jako udaną, ale z wieloma minusami. Plan, który założyliśmy sobie był zbyt ambitny, a pogoda dała nam mocno w kość tym razem. Niewątpliwie zarówno Góry Kaczawskie i Góry Izerskie są bardzo urokliwymi miejscami, gdzie warto spędzić więcej czasu niż marne cztery dni. Plamą na całym wyjeździe odbił się fakt, że nie zaliczyliśmy żadnego ze szczytów do Korony Sudetów Polskich, choć byliśmy ich bardzo blisko. Z drugiej strony spowodowało to, że musieliśmy ponownie wybrać się w te piękne miejsca, a wiadomo gór nigdy za dużo 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s