Drużyna pierścienia – Góry Bialskie i Masyw Śnieżnika

Archiwum 2011, Pod namiot, Wyprawy

Ambitne założenia
Po zimowej przerwie, tym razem w trójkę postanowiliśmy wrócić w nasze ukochane górki. Za nasz cel obraliśmy wschodnią część Kotliny Kłodzkiej, którą uważaliśmy za dziką(oczywiście jak na sudeckie warunki) oraz mało uczęszczaną. Jak się okazało nie pomyliliśmy się, a wycieczka była jedną z najciekawszych w historii, ale po kolei…

Plan, który sobie założyliśmy był całkiem ambitny zakładał wyjście ze Złotego Stoku i w trzy dni i w trzy noce dotarcie do Międzygórza lub Międzylesia(Odpowiednio 70 i 80 km). Szczerze przed wyjściem obawiałem się czy plan uda nam się w pełni zrealizować, jak się później okazało został on perfekcyjnie zaprojektowany, choć pogoda pierwszy raz nas nie rozpieszczała.

Bursztynowa komnata, złoto Wrocławia

Do Złotego Stoku nie ma bezpośrednich połączeń z Wrocławia, dlatego dojazd tam musiał się łączyć z krótką przesiadką w Kłodzku, co stanie się już dla mnie tradycją. Pogoda od samego rana była nieciekawa, co prawda nie padało, ale chmury były gęste i zanosiło się na porządną ulewę. Na początku jednak naszego tourne po Złotym Stoku, deszcz nas oszczędzał. W tym też czasie poszliśmy zwiedzić znajdujące się na naszym szlaku Muzeum Kopalni Złota. Muszę przyznać, że zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, być może to też zasługa porządnego przewodnika, który ciekawie opowiadał o zamkniętej sztolni. Na miejscu można było zobaczyć atrapy sztabek złota wykonane z ołowiu, laboratorium gdzie produkowano arszenik, przejechać się małą kolejką górską oraz podziwiać 10-metrowy podziemny wodospad. Co prawda przewodnik próbował nam zacząć opowiadać o Bursztynowej Komnacie, która mogła być tam ukryta podczas II wojny światowej, ale szybko mu przerwaliśmy dorzucając od siebie, że pewnie znajduje się tu również Złoto Wrocławia, kosztowności z Reichsbanku, Portret młodzieńca Rafaela, uran, bomba atomowa… wystarczy 🙂

Po wyjściu z kopalni ruszyliśmy czerwonym szlakiem w stronę Jawornika Wielkiego i dalej na Lądek Zdrój. Niestety już po 5 minutach musieliśmy się schronić w pobliskim paśniku, który na szczęście był puściutki, choć spotkaliśmy tam przemiłą Panią Jaszczureczkę. Z nieba zaczęło lać obficie i trochę złudnie liczyliśmy, że może przejdzie, jednak ściana deszczu tylko się powiększała. Trochę z nudów, trochę z przeświadczenia, że i tak już lepiej nie będzie wyszliśmy pod ten boski prysznic i już po godzinie mocno tego żałowaliśmy.

Niestety nasz mocno profesjonalny ekwipunek nie wytrzymał ulewy i Darek z Grześkiem przemokli do suchej nitki. Ja co prawda nie byłem aż tak mokry, ale szczęśliwy też nie bardzo. Uznaliśmy wtedy, że trzeba zatrzymać się w pierwszym napotkanym miejscu, jakiejś agroturystyce lub pensjonacie. Niedaleko od Jawornika Wielkiego dotarliśmy do wsi Orłowiec, gdzie liczyliśmy na jakiś przytulny nocleg. Niestety okazało się, że ludzie którzy prowadzili agroturystykę we wsi nie chcieli nas przyjąć, albo ukrywali się za firankami. Sama wieś z wyglądu przypominała, że jeszcze niedawno w Polsce występował system sprawiedliwości społecznej, a jacyś turyści z zachodu mogli doznać pomieszania zmysłów widząc poszarpane stodoły i błotniste drogi.

Nieprzyjemna atmosfera miejscowości zmusiła nas do ruszenia w kierunku Lądka Zdroju(moje ulubione miasteczko-kurort w Sudetach). Lądek jak zwykle okazał się dla nas gościnny, z jakiegoś muru przepisaliśmy nr telefonu, zadzwoniliśmy i za 25 zł od osoby cieszyliśmy się noclegiem w ciepłym miejscu.

Niepewna pogoda

Kolejnego dnia wstaliśmy dość wcześnie, aby sprawdzić jak prezentuje się sytuacja na dworze. Było całkiem dobrze, słońca co prawda nie było, ale nie padało. Ruszyliśmy po śniadaniu niebieskim szlakiem w stronę Starego Gierałtowa i już po godzinie trafiliśmy na fantastyczne skałki na szczycie Trojak.

Dalsza część szlaku nadal obfitowała w urokliwe skały, przyjmujące formy bram skalnych czy też przypominające zamkowe baszty. Dodam tylko od siebie, że takich skałek wokół całego Lądka jest pełno i znajdują się na dobrze oznaczonych trasach spacerowych. Każdemu polecam to miasto na wypoczynek.

Kolejnym punktem na naszym szlaku były ruiny Zamku Karpień, znajdujące się na sporej górce(775 m n.p.m.). Z zamku nie wiele zostało, na szczycie jest tablica opisująca pozostałości po dawnej twierdzy i trochę murów. Widać też, że są tu prowadzone prace archeologiczne.

Po zejściu z zamku ruszyliśmy do Starego Gierałtowa, gdzie jak tylko doszliśmy złapała nas ulewa. Na szczęście schroniliśmy się pod jakąś wiatą dożynkową i po pół godzinie mogliśmy iść dalej niebieskim szlakiem w stronę Śnieżnika. Im wchodziliśmy wyżej tym góry stawały się coraz dziksze i piękniejsze. Od przełęczy Dział maszerowaliśmy asfaltową drogą przeciwpożarową, zamkniętą dla normalnego ruchu. Całe popołudnie minęło nam na podziwianiu pięknego lasu i widoków Góry Bialskie. 

Noc spędziliśmy w namiocie na przełęczy Suchej, gdzie co prawda była wiata, ale służąca tylko do siedzenia. Rano ruszyliśmy nadal niebieskim szlakiem w stronę Śnieżnika. Szlak ten omija od południa Bolesławów, w którym znajdował się jedyny sklep w pobliżu celu naszej wyprawy, szkoda że nie wiedzieliśmy o tym wtedy…Przyjemnym marszem po gęstym, głównie iglastym lesie kierowaliśmy się najpierw w stronę budynku straży granicznej w Nowej Kamienicy, po czym odbiliśmy z niebieskiego szlaku na dukt konny „nad Cisowym Rozdołem” i dotarliśmy do Klecienka. Tam okazało się, że w Klecienku ani w Kletnie nie ma żadnego sklepu i jest on dopiero w Bolesławowie, który mięliśmy już dawno temu. Trochę zdegustowani posiedzieliśmy w jedynym czynnym barze u podnóża Śnieżnika i zdecydowaliśmy iść na Śnieżnik mimo braku jadła i napojów. Ruszyliśmy żółtym szlakiem, który prowadzi do Schroniska Na Śnieżniku, a po drodze zwiedziiśmy Jaskinie Niedźwiedzią. Poza niewątpliwą atrakcją jaką było trzech pachnących wędzonką chłopaków, Jaskinia Niedźwiedzia nie jest super ciekawym miejscem, choć na ten temat zdania były podzielone. Ja pozostaje przy swoim, że bardziej podobało mi się w Jaskini Raj na Kielecczyźnie, ale tam mieliśmy genialną Panią przewodnik, a w Jaskini Niedźwiedziej smutnego Pana.

<a 

Od Jaskini Niedźwiedziej szlak zaczyna się robić ostrzejszy i po zejściu z drogi asfaltowej staje się już dość ciężki. Tego dnia jednak mamy w sobie spore pokłady energii, pogoda dobra do chodzenia, nie jest zbyt ciepło, ale też nie pada. W półtorej godziny docieramy do Schroniska Na Śnieżniku, gdzie postanawiamy przekąsić coś ciepłego, w tym wypadku był to bigos. Nie mając za dużo pieniędzy(właściwie tylko ja miałem jeszcze rezerwy budżetowe) i przy bardzo wysokich cenach w obiekcie, musimy podjąć decyzję czy schodzimy dzisiaj do międzygórza(był wieczór może nie być już PKS-u) czy też kontynuujemy naszą wyprawę. Odpowiedź mogła być tylko jedna. Walczymy dalej!

Skorzystaliśmy z uprzejmości ludzi w Schronisku i zostawiliśmy plecaki na zapleczu, tym razem już bez obciążeń ruszyliśmy na szczyt. Brodząc trochę w śniegu, w mgle i mżawce, dość szybko pokonujemy wysokości. ja odnalazłem w sobie jakieś ukryte podkłady mocy, niczym postać z Dragon Balla i wyprzedziłem chłopaków o kilka minut. Na Śnieżnik bezpośrednio ze Schroniska prowadzi szlak zielony i niego się trzymaliśmy. Na szczycie zero widoczności, potężna mgła i spory chłód. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć na gruzowisku starej wieży, którą LWP musiało wysadzać dwa razy, bo przecież „groziła zawaleniem”. Parę fotek na granicy z Czechami i wróciliśmy do schroniska.

W schronisku przeznaczyliśmy wszystkie fundusze na zakup piwka i chleba. Niestety Pani sprzedająca policzyła nam jeszcze kaucje za butelki i wyszło, że jeden Żywiec kosztował 8 zł!!! Dokupiliśmy jeszcze dwie pajdy chleba i ruszyliśmy poszukać miejsca do spoczynku. Uznaliśmy, że im bliżej miasta się zatrzymamy tym będzie cieplej dlatego też ruszyliśmy czerwonym szlakiem do Międzygórza. Szlak nas zaskoczył, ponieważ wiódł zboczem Średniaka, a pod nami rozpościerał się Czarny Dół, dzięki czemu mieliśmy idealny widok na Mały Śnieżnik.


Około dwóch kilometrów od Międzygórza znaleźliśmy miły lasek, gdzie postanowiliśmy rozbić ostatni obóz na tej wyprawie. Otuleni leśną głuszą, w ciepełku ogniska relaksowaliśmy się przy piwku i kanapkach ze smalcem, które Darek wydzielał niczym ojciec dzieciom kanapki do szkoły. Grzesiek zasnął przy ognisku, co było ewidentnym potwierdzeniem sielankowego nastroju.

Rano ruszyliśmy do Międzygórza w nadziei, że trafimy na autobus. Niestety okazało się, że najbliższy bus będzie tutaj jechał do Kłodzka za niecałe 4 godziny. Choć stopy powoli odmawiały posłuszeństwa to jednak zdecydowaliśmy się drałować w stronę Bystrzycy Kłodzkiej. Po drodze wstąpiliśmy nad urokliwy Wodospad Wilczki, umilając sobie dalsze wędrowanie po asfalcie.


Po prawie półtorej godzinie żwawego marszu, gdzieś w rejonie Wilkanowa zlitował się nad nami miejscowy król szos i podrzucił nas do Bystrzycy. tak oto po raz kolejny tyłki uratował nam tzw. „Wujek”. Z Bystrzycy z przesiadką w Kłodzku, wróciliśmy do Wrocławia koło połudn

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s