Szlak Zamków Piastowskich

Archiwum 2009, Pod namiot, Wyprawy

Tak to się zaczęło

Pierwsza nasza wyprawa, może nie typowo górska, ale na pewno survivalowa, planowana była bez mała dwa lata. Głównym powodem odwlekania jej w czasie było lenistwo, ale udało nam się przełamać ten problem, tuż przed rozpoczęciem czwartego roku studiów. Dlaczego naszym pierwszym celem był tak rzadko uczęszczany przez turystów szlak i do tego wiodący głównie asfaltem? Początkowo nasze wyjazdy w Sudety miały charakter zwiedzania zabytków, a nie ma na Dolnym Śląsku trasy pieszej z większą ilością „atrakcji turystycznych”. Ponadto była to łatwa trasa nie prowadząca wysokogórskimi szlakami, co dla mało doświadczonych piechurów mogło mieć decydujące znaczenie. W początkowych planach miało nas jechać pięć lub szesć osób, ale co stanie się już później normą, pojechaliśmy w trójkę.

Pierwotny plan, którego nie udało nam się zrealizować w pełni, przewidywał że w ciągu pięciu dni uda nam się dojść z Grodźca aż do Wałbrzycha, czyli zrobić jakieś 125 km!!! Było to nader optymistyczne założenie. Ekwipunek jaki zgromadziliśmy na tą wyprawę przydałby się raczej w przypadku wyjazdu na ryby, a nie koniecznie do wyprawy pieszej. Niesamowicie potrzebne okazało się zabranie ze sobą kilkunastu konserw, pasztetów, ryb i innych przysmaków. Darek dzisiaj twierdzi, że baliśmy się umrzeć z głodu, ja uważam że zadecydowała studencka pazerność, bo wiadomo we Wrocławskim markecie taniej niż w przydrożnym sklepie. Tak czy siak zabraliśmy ze sobą tależe plastikowe, noże i widelce jednorazowego użytku, Grzesiek zabrał gruby materac, który ważył kilka kilogramów(inna sprawa że innych rzeczy za wiele nie miał), ktoś nawet zabrał korkociąg. Właściwie brakowało tylko składanych foteli i dmuchanego kółka, aby w pełni poczuć się jak w Juracie na wywczasie. Ciuchy oczywiście też należały do tych z wyższej półki, buty za 50 zł z Decathlonu, adidasy ze zdartą podeszwą, kurtka na motor, dżinsy, dresy itd. Ogólnie przypominaliśmy uciekinierów zza wschodniej granicy, którzy szukali lepszego życia w kraju nad Wisłą. Jak się okazało nie przeszkodziło nam to w genialnej zabawie i nie zawróciło z obranej trasy do domu.

Szkocja

Wyprawę każdy z nas rozpoczął osobno. Ja wyjechałem pociągiem z Wrocławia, a moim celem były Świebodzice, gdzie odebrał mnie Darek z naszym ulubionym kierowcą Panem Bogdanem 🙂 Jadąc na Grodziec, odebraliśmy jeszcze w Złotoryi jadącego trochę na około z Żar Grześka, po czym zostaliśmy dowiezieni pod mury zamku. Już pierwsze chwile spędzone pod warownią wywołały u nas klasyczne podniecenie. Budowla jest niesamowita, przypomina te budowane w Anglii czy Szkocji, do tego cały ranek towarzyszyła nam typowo Brytyjska, wysoka mgła.

Rycerze czarnego konia pod murami

Nasze wejście na zamek o 8:00 rano wywołało konsternację wśród pracujących robotników, a ludzie opiekujący się zamkiem słysząc o celu naszej wyprawy cieszyli się, jakby co najmniej sami mieli przejść tą trasę. Tak czy siak zostaliśmy pokierowani na mury, gdzie chodziliśmy podziwiając urokliwy zamek.

Fragmenty filmu Robin Hood dla ubogich

W czasie naszego spaceru, jeden z zamieszkujących zamek rycerzy postanowił zrobić nam małego psikusa. Przebrał się w szatę pokutną i zaczaił za jedną ze ścian w wąskim tunelu, biegnącym wzdłuż murów zamku. Jego ofiarą padł idący przodem Grzesiek, który o mało nie przebił głową ściany, gdy zobaczył przerażającą postać wyskakującą nagle zza rogu.

Obłąkany, choć niewątpliwie zabawny rycerz zabrał nas później do zbrojowni, gdzie kazał założyć przyłbicę i stoczyć ze sobą walkę na śmierć i życie. Moje niedoświadczenie w rzemiośle wojennym wyszło mi wtedy bokiem i niestety poległem.

Już po moim zmartwychwstaniu, ruszyliśmy zwiedzać komnaty wewnątrz zamku. Jako, że twierdza należała do Pruskiej rodziny von Dircksen, postanowiliśmy uczcić ich pamięć robiąc sobie zdjęcie w stylu „starzy Prusacy przy stole”.

Zwiedzanie zamku zakończyliśmy rozmową z dworzanami i uznaliśmy, że czas w końcu ruszyć w trasę.

Gdzie jesteś szlaczku?

Szlak Zamków Piastowskich(SZP) ma jedną bardzo ważną i niesamowicie utrudniającą jego realizację cechę, mianowicie jest bardzo źle oznaczony. Już od zejścia z zamku zaczęliśmy się gubić. Zielony szlak nagle się urywał po czym wyrastał kilkaset metrów dalej, czasem w ogóle go nie było, a czasem ukrywał się po zarośniętymi drzewami. Cały dzień szliśmy przez pola, malutkie pagórki i nielubiane przez nas gęste lasy liściaste, w których pełno było tzw. paparuchów, które nie umilały nam podróży. Poważnie zgubiliśmy się w Rochowie(13 km na południe od Grodźca) i odnalezienie szlaku zajęło nam jakieś 30 minut, a łączyło się z nurkowaniem w jakimś bagnie i uwikłaniem się w rozprawę z jakimiś wyjątkowo brutalnymi chebziami. Jak odnaleźliśmy szlak to nie pamiętam, ale na pewno idzie on centralnie przez wieś, a nie na wschód od niej, obok czyjejś stodoły i bagna. Popołudniu już mocno wymęczeni zbliżyliśmy się do pierwszej góry, którą postanowiliśmy zdobyć na SZP, a była nią Ostrzyca. Z górą tą związane są ciekawe historie, w 1944 roku była ważnym punktem obronnym dla wojsk wermachtu, a tuż po wojnie stała się siedzibą Czarnego Janka, znanego ze zwalczania czerwonej hołoty, która zalała tereny Dolnego Śląska tuż po wojnie. Dla większości wytrawnych wędrowców zapewne wyda się to dziwne, ale wejście na ten wygasły wulkan z przeładowanymi plecakami kosztowało nas sporo sił, jednak mimo niesprzyjających warunków(godzina 17:00 ładnie, ciepło i słonecznie) daliśmy radę zdobyć, pierwszy w naszej wspólnej historii wypraw, szczyt Korony Sudetów Polskich(KSP), o czym wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy.

Ostrzyca (Korona Sudetów Polskich) – Zdobywanie i odnalezienie najwyższego szczytu Pogórza Kaczawskiego nie powinno nastręczać większych trudności. Jest to jedyna wyższa góra w tym rejonie, doskonale widoczna i łatwa do rozpoznania (budowa stożka wulkanicznego). Widać ją doskonale z Gór Izerskich. Najłatwiej zdobywać ją od strony Bełczyny (szczególnie gdy próbuje się to zrobić jadąc autem). Prowadzi na nią zielony szlak z Bełczyny, z tego co pamiętam w tym rejonie dość dobrze oznakowany. Od strony Proboszczowa prowadzi na nią żólty szlak, natomiast od Radomiłowic czerwony. Oba prowadzą w pobliże szczytu, gdzie znajdziemy szlak zielony. Zbocza góry pokrywa gęsty las, który zanika u szczytu przeradzając się w kamieniste gruzowisko(tak to zapamiętałem). Na szczycie skałki i ładny widok na okolicę, co widać na zamieszczonych zdjęciach.

Po zdobyciu tego niesamowicie wymagającego szczytu czekał nas nocleg w pobliskim lesie. Niestety okazało się, że w Bełczynie nie ma sklepu i trzeba było wysłać karną ekspedycję po zaopatrzenie do Proboszczowa. Na całe szczęście miejscowi również mieli ten sam problem i podrzucili nas do sklepu, choć nasze zakupy mogły wydawać im się tylko kroplą w morzu ich własnych potrzeb. „Wujek”, bo tak przyjemnie nazwaliśmy naszego kierowcę podrzucił nas z powrotem do Bełczyny skąd musieliśmy udać się gdzieś na upragniony spoczynek. Okazało się jednak, że nasze misternie wybrane miejsce zostało wykryte przez spacerującego Pana i trzeba było się szybko przemieścić. Ostatecznie pierwszą noc na naszej wyprawie spędziliśmy w pobliżu drogi na Wleń, schowani za małym zagajnikiem. No cóż trzeba uczyć się na własnych błędach.

Noż i widelec

Celem dnia drugiego naszej wyprawy miało być Jezioro Pilchowickie znajdujące się jakieś 15 km na północny zachód od Jelenie Góry. Tutaj odnalazł się Darek, który to miejsce już kiedyś odwiedził razem z Ojcem, będąc na rybach. Nakręceni ruszyliśmy zielonym szlakiem w kierunku Wlenia,a potem polami i drogami w kierunku Pokrzywnika. Już tego dnia zaczęły się nasze problemy ze sklepami, ale o tym trochę dalej. Po jakiejś godzinie marszu od miejsca naszego noclegu dotarliśmy do Wlenia. Miasteczko, w którym mieszka niespełna dwa tysiące osób jest bardzo przyjemne, zabudowa typowo niemiecka, z małymi kamieniczkami i typowym pruskim ryneczkiem. Przyjemne miejsce na odpoczynek, za Bismarcka miasto rozwinęło się w miejscowość rehabilitacyjno-wypoczynkową i właściwie do dzisiaj nią pozostało.

Po zwiedzeniu centrum udaliśmy się w stronę Zamku Lenno, niestety akurat wtedy trwały prace renowacyjne obiektu i nie dane było nam go zobaczyć. Zdegustowani ruszyliśmy dalej, ale szybko poprawiły nam się humory, gdy zobaczyliśmy na skraju miasteczka śliczny kompleks pałacowy (w pobliżu wsi Łupki). Korzystając z pięknej pogody, która towarzyszyła nam od początku wyjazdu oraz z zakupionego Ferrari w sklepie zdecydowaliśmy się na dłuższy odpoczynek na polance w pobliżu ślicznej budowli.

Po uzupełnieniu płynów ruszyliśmy w stronę Pokrzywnika zielonym szlakiem licząc, że natrafimy tam na tzw. źródełko. Niestety mocno się przeliczyliśmy, a przecież przed nami był nocleg nad ekstra jeziorkiem. Bliscy załamania psychicznego, dopijaliśmy ostatnie gramy wody, a Darek wpatrywał się w mapę jakby miało nam to zesłać jakąś obwoźną budkę z piwem i… zesłało 🙂 W pewnym momencie uradowany mieszkaniec miasta zielonego drzewka wykrzyknął: Panowie tu jest nóż i widelec! Ja tam idę!. Wskazał palcem na malutki punkcik w pobliżu tamy i rzeczywiście jakąś godzinę później raczyliśmy się już troszkę ciepławym, ale i tak pysznym paliwem bogów.

Po przekroczeniu tamy powędrowaliśmy ścieżką wzdłuż jeziora, upiększoną przez to co pozostawili po sobie wędkarze i po znalezieniu idealnego miejsca rozbiliśmy obóz, odpaliliśmy ognisko i zanurzyliśmy nogi w lodowatej, ale przyjemnej wodzie. Obóz został rozbity wybitnie profesjonalnie i nocleg można zaliczyć do bardzo udanych, zresztą Grzegorzowi zasnęło się przy ognisku, a jest to jasny sygnał, że musiało być klawo.

To się najedliśmy

Poranek trzeciego dnia wyprawy minął nam pod znakiem nanoszenia korekt do naszego planu. Jasne się stało, że w pierwotnej wersji plan jest nie do zrealizowania. Idąc niezłym tempem, jak na początkujących piechurów zrobiliśmy w dwa dni jakieś 45 km, licząc z gubieniem się i wyprawami do sklepów. Ciągle jednak mieliśmy nadzieje na pełną realizację planu z zastosowaniem paru udogodnień. Uznaliśmy, że marsz przez Jelenią Górę to starta czasu i zdecydowaliśmy się pokonać odcinek od Siedlęcina do Wojanowa autobusami(16 km).

Trasa do Siedlęcina wzdłuż Jeziora Pilchowickiego wiedzie przez krzaki, chaszcze, kamienie i zanikające drogi. mocno wkurzeni po przejściu tego odcinka przekroczyliśmy zaporę w Wrzeszczynie oddzielającą Jezioro pilchowickie od Wrzeszczyńskiego i trochę polami, trochę asfaltem skierowaliśmy się do Siedlęcina, gdzie czekała na nas kolejna „atrakcja” tego wyjazdu – Wieża Rycerska. Nie przez przypadek w poprzednim zdaniu użyłem cudzysłowu, wieża widoczna z daleka ładnie prezentuje się z zewnątrz, natomiast w środku nie ma nic ciekawego(przynajmniej dla takich prostych chłopaków jak my).

Pozostawiając tą wątpliwą atrakcję za plecami, wsiedliśmy w autobus podmiejski i dojechaliśmy na ulicę Podwale w Jeleniej Górze, skąd odjeżdża zdecydowana większość busów i busików(blisko PKS). Szybko odnaleźliśmy interesujący nas autobus do Wojanowa i wiedząc, że pozostało do niego jeszcze dużo czasu przeszliśmy na drugą stronę ulicy, aby zasmakować miejscowych specjałów (prawdziwa pizza bez konserwantów). W trakcie pałaszowania całkiem smacznego obiadku, ku naszemu zdziwieniu minął nas autobus jadący do Wojanowa. Zdegustowany Grzesiek patrząc jak bus znika za zakrętem wyrzucił tylko:No to się najedliśmy!!! Rzeczywiście się najedliśmy, bo następny autobus był za godzinę, a było już dość późne popołudnie. Gdy już udało nam się dotrzeć do Wojanowa okazało się, że jest tam bardzo przyjemna restauracja w pięknym Pałacu, świeżo odremontowanym i wykorzystanym jako hotel. Jednak to nie tam spędziliśmy kolejne półtorej godziny tylko wraz z miejscowymi ludźmi na ławeczce w pobliżu sklepu. Zdecydowanie wychodziło z nas zmęczenie dnia trzeciego i robiliśmy wszystko żeby nie iść dalej. Gdy powoli zaczynał nadchodzić wieczór ruszyliśmy w Rudawy Janowickie i o dziwo szliśmy bardzo żwawo. Udało nam się prawie biegnąc, minąć schronisko Szwajcarkę i jakiś kilometr dalej rozbić się w lesie. Dziwny dzień zakończyliśmy kęsem kiełbasy śląskiej i nasłuchiwaniem odgłosów imprezy z pobliskiego parkingu. Niestety przez pośpiech spowodowany wcześniejszym zamajaczeniem w Wojanowie spowodował, że musieliśmy ominąć ruiny Zamku Sokolec. Łącznie tego dnia przeszliśmy jakieś 13 km, co na pewno nie jest imponującym osiągnięciem, ale udało nam się busami nadrobić troszkę, już dawno zagubionego planu wyjściowego.

Plan w rozsypce

Jeszcze poprzedniego dnia wieczorem okazało się, że Grzesiek musi wracać  o jeden dzień wcześniej do domu i zostały nam maksymalnie dwa dni na kontynuowanie wyprawy. Jako, że naszym celem było zobaczenie jak największej ilości zamków i dotarcie do Wałbrzycha podjęliśmy decyzje, że tam gdzie się będzie dało będziemy podjeżdżać busami.

Początek dnia był dla nas wręcz fantastyczny. Trafiliśmy do, moim skromnym zdaniem, najładniejszego obiektu na całym szlaku, a właściwie tego co po nim zostało czyli do ruin Zamku Bolczów. Wzniesony w czasach Bolka II zamek to śliczna, wręcz romantyczna ruinka, którą szczerze polecam każdemu. Są zachowane mury zewnętrzne budowli, baszty oraz częściowo fosa. Do tego wszystkiego rozciąga się stąd śliczny widok na Karkonosze. Zresztą zdjęcia mówią wszystko:

Wiedzieliśmy, że tego dnia zobaczymy przynajmniej trzy zamki, a Bolczów rozpalił nasze apetyty. Następny na celowniku był Zamek w Bolkowie, znany i często odwiedzany przez turystów. Do Bolkowa dostaliśmy się bardzo szemranym dojazdem z Janowic Wielkich. Nie tracąc czasu ruszyliśmy na twierdzę znajdującą się bardzo blisko uroczego centrum miasteczka. Niestety Zamek w Bolkowie nie zachwycił nas. Oczywiście wielkością imponuje, jest też zadbany i utrzymany w dobrym stanie, tyle że nie jest ciekawy. Co prawda z wieży zamkowej rozpościera się piękny widok, a na dziedzińcu można napić się pysznego czeskiego Skalaka, jednak moim zdaniem jest przereklamowany. O wiele ciekawsze historie wiążą się z tym zamkiem, choćby z czasów drugiej wojny światowej i nie mówię tu o podejrzeniach o ukrycie na jego terenie bursztynowej komnaty 🙂




Niestety napięty terminarz, który zmuszał nas do ciągłych zmian w planie doprowadził do tego, że musieliśmy ominąć znajdujący się tuż obok Bolkowa Zamek Świny(wcześniej ominęliśmy Zamek Niesytno). Trudno, już w połowie wyprawy uznaliśmy, że wycieczkę trzeba będzie kiedyś powtórzyć, bo była genialna, teraz trzeba było ruszać dalej w trasę. Kolejny raz musieliśmy skorzystać z dobrodziejstwa PKS-u i podjechaliśmy sobie do Dobromierza, gdzie trafiliśmy akurat na plan jakiegoś filmu, w którym jednak producenci nie przewidzieli dla nas głównych ról.

Trudno prosić się nie będziemy, poza tym naszym celem tego dnia było dotarcie już prawie pod Wałbrzych do Zamku Cisy. Było już popołudniu, a do miejsca wyznaczonego pozostało blisko 15 km i trzeba było szybko maszerować, niestety PTTK postanowiło nam lekko utrudnić zadanie. W pobliżu wsi Chwaliszów natrafiliśmy na taki oto kwiatek:

Napis na drzewie „Przez pole” sugerował nam, że będziemy szli przez jakąś polanę, okazało się że były to płonne nadzieje. Najpierw wpakowaliśmy się w potężne i kolczaste chaszcze, po czym doszliśmy do rzeki, którą niczym wytrawni Meksykanie przez Rio Grande, na boso szliśmy dobre 500 metrów, aby dotrzeć do ziemi obiecanej(w tym wypadku drogi asfaltowej). Co podkusiło kogoś, aby wyznaczyć szlak w takim miejscu? Nie udało nam się tego ustalić.

Tuż przed zmrokiem udało nam się dotrzeć na Cisy, które okazały się piękną ruinką idealną na nocleg. W okolicach zamku łatwo spotkać grzybiarzy z Wałbrzycha, a także zabawowo usposobiona młodzież z tegoż pięknego miasta. Na szczęście nam udało się nie spotkać nikogo i wieczór minął nam w przyjemnej i trochę mrocznej atmosferze.
<a

W ostatnim dniu naszej wyprawy udaliśmy się z Cisów na Podzamcze do Wałbrzycha(jakieś 6 km), gdzie Darek zagwarantował nam tak mocno wyczekiwany prysznic oraz pyszny obiad, za który trzeba wyróżnić Panią Barbarę. Chcąc zakończyć podróż po Szlaku Zamków Piastowskich z przytupem wybraliśmy się, tym razem już autem, na położony w pobliżu Zagórza Śląskiego, Zamek Grodno. Jeden z bardziej znanych zamków na Dolnym Śląsku zaprezentował nam się majestatycznie. Ładnie położony nad Jeziorem Bystrzyckim, zadbany i dobrze zachowany obiekt, o wiele bardziej przypadł mi do gustu niż Bolków.

Niestety był to już ostatni epizod naszej jakże ciekawej eskapady. W ciągu niecałych pięciu dni udało nam się przejść około 75/80 km i zobaczyć większość zamków na SZP. Była to świetna zachęta do dalszych wycieczek, choć niestety na następną trzeba było, czekać blisko rok….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s